Moja temperatura nie
spadła. Wciąż byłem gorącym kamyczkiem, który z każdego pomieszczenia tworzył
saunę - wystarczyło wylać na mnie wodę. Na początku zwalałem winę niejako na
Adriela. Mówiłem sobie, że to przy nim moja temperatura wydaje się wyższa, bo jest
chłodniejszy. Że to przez niego czuję się bardziej chory, że mi się pogarsza.
Potem się rozdzieliliśmy, a ja wcale nie czułem się lepiej. Jedyne co zmieniło
się w moim samopoczuciu, to to, że byłem mniej spokojny, bardziej nerwowy. Przy
Duchu czułem się bezpieczniej, choć oboje nie wiedzieliśmy co mi się dzieje.
Było to dziwnym odczuciem w głębi mojego serca, którego nigdy wcześniej nie
zaznałem. Nie wiedziałem nawet jak powinienem na nie reagować. Bać się?
Cieszyć? Z jednej strony pokazywało to, że nie byłem tak skamieniały, jak
powszechnie było mówione, ale z drugiej...
Odetchnąłem głęboko,
przymykając oczy. Położyłem dłonie na brzuchu, starając się lekko rozmasować
napięte mięśnie. Ucisk nasilał się i rozprzestrzeniał, promieniując na coraz
większej powierzchni ciała. Nie był to ból podobny do jakiegokolwiek bólu, z
którym do tej pory przyszło mi się zmierzyć. W końcu nie raz moja skóra była
przecinana, moje kości tłuczone lub łamane. Nie raz narażałem moje ciało na
niebezpieczeństwo, chociażby na zajęciach z fechtunku. Ból nie był mi obcy,
potrafiłem sobie z nim radzić, potrafiłem spychać to odczucie gdzieś na głąb
mojego umysłu i normalnie funkcjonować. Najczęściej wtedy kamieniałem, blokując
przepływ bodźców. Teraz nie byłem w stanie tego zrobić. Próbowałem po raz
kolejny wykorzystać moją umiejętność, jednak moje ciało pozostało głuche na
moje prośby.
Dlatego siedziałem
na zajęciach, starając się skupić na słowach Daradri, która pochylała się nad
rośliną z różowym listowiem, będącą tematem obecnych zajęć. Moje myśli były
rozproszone, pogrążone w chaosie, które nie byłem w stanie opanować.
Próbowałem narysować
w zeszycie roślinkę, zapisując jej najważniejsze właściwości, charakterystyczne
cechy. Próbowałem, naprawdę starałem się funkcjonować jak każdego dnia. Jednak
mój wzrok rozmywał się, gdy patrzyłem zbyt długo w jeden punkt, a dłonie
drżały, nie zdolne utrzymać kawałka węgla w dłoniach.
Czułem się tym co
najmniej zirytowany.
- Widzisz, go?
Spójrz... Jaki uroczy... - Dotarł do moich uszu cichy chichot driad, których
obecność na naszych zajęciach nie była niczym niezwykłym. Zjawiały się,
wypatrując swoich kolejnych ofiar. Zaczepiały mężczyzn, którzy nie byli odporni
na ich wdzięki. Niektórzy nauczyli się je ignorować, uodpornili się na ich
magię. Mnie to nigdy nie groziło. Od zawsze byłem odporny na ten rodzaj
uroków, dlatego ze spokojem siedziałem na zajęciach i zajmowałem się tym, czym
powinienem. Czasami musiałem się przesiadać, gdy co odważniejsza z niewiast,
próbowała przebić się przez moja kamienną skorupę i spróbować swoich sił.
Pokazać siostrom, że potrafi uczynić to, czego nie potrafiły one. Oczywiście
takie plany kończyły się fiaskiem. Po upływie czasu dały sobie tym spokój, zauważając boleśnie, że nic nie
wskórają. Więc dlaczego tym razem znów skupiły na mnie swoją uwagę?
Słyszałem jak
szturchają się między sobą, chichoczą, mówią podekscytowanymi głosami. Kątem
oka widziałem, że wskazują na mnie sękatymi palcami, by po chwili przykryć usta
dłonią i zanieść się kolejnym, na pozór zalotnym śmiechem. Poczułem jak wzdłuż
kręgosłupa przebiega zimny, oślizgły dreszcz, napawający mnie obrzydzeniem.
Wyprostowałem się, nadstawiając uszu, by usłyszeć co planują te nieprzyjazne
istoty, bym w porę mógł zareagować. Ucieczką chociażby. Nie zdążyłem nawet
przesunąć się o milimetr, gdy poczułem jak do moich pleców ktoś przylega. Do
moich nozdrzy dotarł zapach gnijącej roślinności, duszący, niemalże wywołujący
wymioty. Ciała Driad wydawały się kruche, łatwe do połamania, zniszczenia. Jak
gałązki, chudziutkie konary drzew, które uginały się pod silniejszym powiewem
wiatru. Próbowałem odsunąć się, jednak w miejscu przytrzymały mnie jej szczupłe
dłonie. Nie wiedziałem już, czy to ja byłem tak słaby, czy Driady wbrew pozorom
okazały się nagle zbyt silne.
- Gdzie się
wybierasz, śliczny? – wymruczała do mojego ucha, a przez moje wnętrzności
skurczyły się, gotowe zaprezentować się poza moim ciałem. Sunęła swoimi dłońmi
po moim ciele, zaciskając palce na moich udach, wzdychając z zachwytem. Zerkała
na prowadzącą, czy przypadkiem nie zwraca uwagi na swoich uczniów, jednak ta
była zbyt pochłonięta różową roślinką. – Nie bój się. Wiem co ci jest. –
Kontynuowała, a ja czułem się coraz gorzej. Modliłem się w duchu, by mdłości mi
przeszły, bym mógł w końcu wstać o własnych siłach i uciec, oddalić się jak
najdalej stąd. Przez chwilę myślałem, że utknąłem tu na zawsze. Znalazłem się w
jakimś koszmarze, z którego nie znajdę wyjścia. Zapętlająca się w
nieskończoność chwila, powtarzająca się wciąż i wciąż, dopóki nie postradam
zmysłów. Czułem jej paznokcie, przebijające się przez materiał moich spodni.
Jak sekunda po sekundzie, zniża je, zbliżając do miejsc, gdzie z pewnością nie
chciałem, by się znalazły. Powiedziała jednak coś, co wyrwało mnie z tego
koszmarnego letargu. Wystarczyło jedno słowo, bym nagle otrzeźwiał, przeraził
się i znalazł w sobie siłę, by wyrwać się z jej objęć. – Pomogę ci. Nigdy nie
miałam gargulca. Nigdy nie spotkałam takiego w rui, jesteś pierwszym. Daj mi się
tym nacieszyć.
Szarpnąłem się
mocniej, z ulgą rejestrując jak jej dłonie mnie puszczają. Podniosłem się i nie
pozwalając sobie na ani chwilę zwłoki, uciekłem. Pobiegłem, ile sił miałem w
nogach, kierując się do Akademii. W głowie kotłowała mi się myśl, że to co
powiedziała ta Driada nie jest prawdą, że jestem najzwyczajniej w świecie
chory. Na coś rzadkiego, z czym gargulce się zwykle nie spotykają. Ale w
księgach musi coś być. Dlatego pomyślałem o bibliotece, idealnym miejscu, który
pozwoli rozwiać wszelkie wątpliwości mojego umysłu.
Na moje
nieszczęście, nie mogłem mieć ani chwili spokoju. Przed wejściem do Akademii
spotkałem Adriela. Ostatnią istotę, którą chciałbym teraz spotkać. Przynajmniej
dopóki nie odkryję co mi jest. Dopóki nie uspokoję swojego serca i nie
udowodnię sobie, że to zwykłe przeziębienie. Albo niezwykłe, zważywszy na to,
że nigdy nie miałem nawet kataru.
Duch podszedł do
mnie i powiedział coś, czego w pierwszej chwili nie zrozumiałem. Spojrzałem na
niego zdezorientowany, marszcząc brwi, próbując wyłapać sens wypowiedzianych
słów.
- Ad… - mruknąłem,
gdy znalazł się na tyle blisko mnie, że nie mogłem w żaden sposób uciec.
Musiałem zareagować, więc powiedziałem to, co pierwsze przyszło mi na myśl. –
Tak… Tak… Wszystko dobrze.
Chyba zauważył, że
coś jednak było nie tak. Choć wcale mu się nie dziwiłem. Zwykle dobrze
wychodziło mi kłamstwo, jednak wtedy posługiwałem się swoją umiejętnością
zachowania kamiennej twarzy. Teraz byłem zbyt… Ludzki.
- Znów masz gorączkę
– stwierdził, przykładając chłodną dłoń do mojego czoła. Przymknąłem oczy,
rozkoszując się chłodem jego skóry. Poczułem nagle ulgę. Mimowolnie zbliżyłem
się do ducha, pragnąc poczuć więcej tego chłodu. Moje ciało było dziwnie
spragnione. Spragnione jego dotyku, silnych dłoni, obejmujących moją talię,
pieszczoty miękkich ust. Odsunąłem się nagle, jak oparzony, bojąc się swoich
własnych myśli. Było to kolejnym otrzeźwieniem tego dnia.
- To nic takiego.
Spieszę się – rzuciłem na odchodne, oddalając się szybko od zagrożenia, którego
nagle zapragnąłem. Pierwszy raz towarzyszyły mi podobne myśli, zaprzeczając
całej mojej naturze. To nie byłem ja, ja się tak nie zachowywałem. Ja nie
miałem pragnień. Byłem z kamienia, do jasnej cholery! Byłem jedną z
najtwardszych istot, którym wiele emocji było obcych!
Przemykałem
korytarzami, wybierając drogi okrężne, mniej uczęszczane, byleby nie natrafić
na innych uczniów. Nie były mi potrzebne kolejne opóźnienia, kłopoty prowadzące
do konfliktów. Nie dziś. Nie w najbliższych dniach.
Nie czułem się także
bezpiecznie w samej bibliotece. Czułem na sobie wzrok przebywających tam istot.
Jedne przyglądały mi się z drwiącym uśmiechem, inne ze współczuciem. Oba
rodzaje spojrzeń irytowały mnie na równym poziomie. Nie rozumiałem co oni wiedzą,
o czym ja nie miałem najmniejszego pojęcia. Jakby znali mnie lepiej niż ja sam,
jakby wiedzieli więcej o mojej rasie.
Wiele czasu zajęło
mi odnalezienie choć jednej książki, w której mogłem dostrzec jakiekolwiek
wzmianki o gargulcach. W tym momencie przeklinałem całą moją rasę, która
niechętnie mówiła o sobie, swoich zwyczajach i dolegliwościach. Zerknąłem z
nadzieją na pożółkłe karty, że skryły w sobie potrzebne mi informacje. Jęknąłem
głośno, zawiedziony, że jedyną rzeczą były rozważania na temat naszego
powstania. Krótka notka o naszej odporności i ani jednego zdania o chorobach.
Nawet słówka. Odnośnika, który nakierowałby mnie na inne księgi. Podszedłem do
bibliotekarki, kładąc na biurku przed nią opasłe tomisko, które okazało się
mało pomocną lekturą.
- Przepraszam –
wyszeptałem, zwracając na siebie jej uwagę. – Czy znajdę coś więcej o
gargulcach niż to?
Kobieta poprawiła
okulary na nosie, przyciągając księgę do siebie, przesunęła palcem po złoconym
tytule, a następnie sięgnęła po jeden ze zwojów, zapisanych drobnym pismem.
- Nie ma. Tylko to –
odparła ozięble po chwili, zwijając płynnym ruchem nadgarstka zwój, który następnie
odłożyła na miejsce. Spojrzała na mnie uważnie znad grubych oprawek, oceniała mnie, a raczej mój stan. - Lepiej udaj się do Aphisa. Z książek nic się nie dowiesz. Odstaw to na miejsce.
Podziękowałem uprzejmie i odniosłem ciężki tom tam, skąd go zabrałem. Następnie wyszedłem z biblioteki, żegnając cicho bibliotekarkę, która nawet nie zwróciła na mnie uwagi, zbyt zajęta karceniem jednego z uczniów, który wylał na jedno z cennych dzieł kroplę wody. Biedaczek, jeszcze nie wie jak ciężka kara czeka go za ten niecny uczynek.
W dalszym ciągu nie znając odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, postanowiłem kierować się, zgodnie z radą bibliotekarki, do naszego uzdrowiciela. Nie było go łatwo znaleźć, był jednym z najbardziej zapracowanych duchów tej Akademii, jednak miałem nadzieję, ze go zastanę w jego gabinecie. Przez to, że zależało mi na tym by był aż za bardzo, odczułbym ogromny zawód, gdybym go nie zastał. Los był dla mnie miły.
Gdy nacisnąłem zdobioną ornamentami klamkę, a ta z łatwością ustąpiła, ciężar spadł z mojego serca. Wsunąłem się niepewnie do pomieszczenia, wstrzymując odruchowo powietrze, gdy poczułem duszący zapach ziół i eliksirów.
- Dzień dobry? - powiedziałem cicho, przesuwając się w głąb gabinetu. Zamknąłem za sobą cicho drzwi, boją się najzwyczajniej w świecie zachowywać w tym miejscu głośno. Pilnowałem się bardziej niż w bibliotece, mając na uwadze to, że uzdrowiciel jest moją ostatnią deską ratunku.
Mężczyzna spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, trzymając w dłoniach słój z zanurzoną w płynie roślinnością. Przygotowywał za pewnie nową miksturę, mającą nieodkryte do tej pory lecznice właściwości, a ja mu przerwałem. Nie czułem się winny, może tylko troszeczkę, ale mój przypadek był ważny.
Byłem zbyt przerażony, by wypowiedzieć choć jedno słowo. Podszedłem do Aphisa, który odstawił wywar na szafkę i wyciągną w moim kierunku dłoń, dotykając mojego czoła.
- Ruja - mruknął i odwrócił się, wracając do przerwanej wcześniej pracy. Wypowiedział tylko jedno słowo, które brzmiało jak wyrok. Najgorsza z możliwych kar, która może dotknąć gargulca. Istotę mającą ciało pozbawione możliwości odczuwania czegokolwiek innego niż ból.
- Ale... Ale jak to? - zapiszczałem przerażony, cofając się o krok. Jakby to paladyn rzucił na mnie klątwę i on sprawił, że czułem się tak, jak się czułem. - Jestem przecież na to za młody! Nie mogę mieć rui...
- Ruja - powtórzył stanowczo, ale ja wciąż nie byłem przekonany. To musiało być kłamstwem! Mężczyzna widząc moją minę westchnął ciężko, masując palcami nasadę nosa. - Ruja u gargulców jest inna dla każdego osobnika, powinieneś o tym wiedzieć, chłopcze. Nie kieruj się brakiem pełnoletności. Często, w odpowiednich warunkach, pojawia się ona szybciej.
- W odpowiednich warunkach? I... Co ja mam teraz zrobić? - jęknąłem żałośnie, co Aphis skwitował uśmiechem. Szerokim uśmiechem, który nie wróżył niczego dobrego.
- Chłopcze, nie każ mi tłumaczyć rzeczy związanych z twoją rasą. Powinieneś wiedzieć najlepiej jakie są te "specjalne warunki". Jesteś też dorosły, doskonale zdajesz sobie sprawę co jest najlepszym lekarstwem na ruję. Nie ma niczego innego - mruczał niezadowolony, zapisując coś szybko na kartce. Gdy skończył, podał mi ją - zwolnienie do końca tygodnia z zajęć. - Nie będziesz mógł pracować w takim stanie. Będziesz także przeszkadzał innym. Przesiedź ten tydzień w domu, jeśli się nie polepszy, wypiszę kolejne zwolnienie i kolejne. Najlepiej jednak będzie, gdy zwrócisz się do swojej partnerki lub partnera, z prośbą o pomoc.
Brzmiał na tyle poważnie, że bałem się powiedzieć, że nie posiadam partnera. Ani partnerki.
Drogę do domu pokonałem zamyślony. Miliony myśli przewijały się przez mój umysł, mąciły w nim, podsuwały pomysły. Sprawiały, że moje serce z każdym kolejnym krokiem było coraz mniej pewne. Wątpiłem, by metoda, o której mówił uzdrowiciel był jedną możliwą. Wątpiłem także, by była to dobra metoda. Seks... W moim przypadku... Nie. Nie potrafiłem sobie tego nawet wyobrazić. Że ktoś mnie dotyka, że ja kogoś dotykam, że jesteśmy blisko. Bardzo blisko, niemalże stajemy się jednością. To łączyło się przecież z wieloma uczuciami, bo przecież nie mógłbym udać się do pierwszej lepszej istoty i zaproponować jej TO. Jak niby miałbym to zrobić? Dlaczego miałbym to zrobić?
Musi istnieć inny sposób. Wierzyłem, ze Dei posiada w swoich zapasach mnóstwo ziół, wśród których znajdzie i takie, które załagodzą efekty mojej choroby. Wolę zostać przy określeniu choroba, było bezpieczniejsze, nie zobowiązywało do niczego.
Nie zastałem Dei w domu. Zapewne oprowadzał Oriona po okolicy, zachwycając się wszystkim co napotkali na swojej drodze. No... Chyba, że trafili do Gaju. Sam wzdrygnąłem się na myśl o Driadach, z którymi i mnie spotkała wątpliwa przygoda. Choć z pewnością moja była zdecydowanie lżejsza, w końcu mnie udało się wyrwać.
Musiałem jakoś przeczekać do powrotu Dei. Właściwie to "przetrwać". Gorączka trawiła moje ciało, czułem się coraz słabiej. Byłem naprawdę zdziwiony, że udało mi się dotrzeć do domu, że nie zasłabłem nigdzie po drodze, że nikt mnie nie zaczepiał. Teraz, gdy opadły ze mnie wszelkie emocje, zniknęła cała adrenalina, którą nagromadziłem w sobie po zajęciach, straciłem dalszą wolę do odkrycia prawdy. Byłem bez sił. Czułem się zmęczony, miałem nawet wrażenie, że zaraz spłonę, albo uduszę się od żaru wypełniającego moje płuca.
Udałem się do łazienki. Musiałem się ochłodzić, a to było jedynym miejscem, które nie tylko mnie pomieściło, ale także kusiło wizją zimnej wody obmywającej moje ciało. Odkręciłem kurek z lodowatą wodą, przekręcając go aż do oporu. Nie dopuściłem ani jednej, ciepłej kropelki do opuszczenia zbiornika. Woda miała być zimna, tak zimna, że zmrozi całe moje wnętrze, zwalczy mój wewnętrzny ogień.
Nie kłopocząc się zdejmowaniem ubrań, usiadłem na chłodnych płytkach. I czekałem. Woda spływała po moim ciele, mocząc ubrania, które stały się niewygodnym ciężarem. A ja nadal czekałem.
Starałem rozkoszować się chłodem, który jednak był zbyt słaby, by zaradzić temperaturze moje ciała. Miałem ochotę się rozpłakać, byłem zdesperowany. Potrzebowałem więcej. Więcej chłodu, więcej czasu, więcej pomocy, więcej... Wszystkiego. Czułem jak frustracja z powodu bezsilności rozsadza mnie od środka. Chciałem krzyczeć, uderzać głową o ścianę.
Panikowałem.
Ta cała niemoc. Choroba, którą musiałem przeczekać, która mogła trwać nawet tygodniami, sprawiała, że chciałem uciec. Od siebie, od otoczenia. Zniknąć choć na chwilkę i wrócić, gdy wszystko znów będzie takie jak wcześniej.
Cholernie żałowałem, że nie mogłem zmienić się w kamień, że nie mogłem odciąć się od wszystkiego i wszystkich. Zostałem pozbawiony mojej stabilnej ochrony.
- Alan? - usłyszałem zza drzwi przytłumiony głos Dei. W tym momencie jej głos brzmiał dla mnie jak jeden z najpiękniejszych dźwięków, jak obietnica szybkiej pomocy i uwolnienia od cierpienia. - Jesteś tam?
- Tak - wykrztusiłem, nie mogąc jednak się ruszyć.
- Dobrze się czujesz?
- Nie... Dei, ja... Ja mam ruję - powiedziałem, przyznając się tym samym zarówno przed nią, jak i przed samym sobą, że nic nie jest w porządku, że nie jest to zwykłą chorobą, o której nic nikt nie wie. Prawda była oczywista, a ja po prostu dojrzałem nieco wcześniej niż moi pobratymcy, dlatego to tak bardzo mnie zdezorientowało. To nie było tak, że chciałem to zaakceptować, że prawda mnie w jakiś sposób uradowała, bo nie oznaczała mojej śmierci. W tym momencie wolałbym żyć w niewiedzy i kłamstwie, testować różne ziółka, licząc, że któreś pomogą.
Bałem się. Po prostu się bałem nieznanych mi do tej pory odczuć, które mnie przytłaczały.
<Dei, masz może ziółka? Ad, tak trochę bardzo nie wiem co zrobić. Niezbyt bezpiecznym byłoby byśmy widzieli się w najbliższych dniach. Te choroby bywają trochę... Niebezpieczne :C >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz