Prezeczytaj zanim zaczniesz pisać:

wtorek, 23 lutego 2016

Adriel - Uroki zajęć (do Alana)(09.04.217 r.)

Ten poranek zdecydowanie był najwspanialszym jaki potrafiłem sobie przypomnieć. Nie dość, że całą noc spędziłem z Alanem, mając go wreszcie przy sobie, tak rozkosznie blisko, to jeszcze nareszcie coś między nami zaczęło się zmieniać, wchodzić na tor, którego od dawna pragnąłem. Tak długo czekałem na to, żeby gargulec przestał mnie traktować jak wroga, czy w najlepszym przypadku możliwe, że pożyteczne, ale jednak zło konieczne. 
Była oczywiście druga strona medalu. Alan zachowywał się nieco... dziwnie. Tak, łatwo było to zauważyć, szczególnie, że zmiana podejścia do mnie była dość nagła. W końcu niedawno dostałem od niego po łbie, co niełatwo przyjdzie mi zapomnieć. Dochodziło do tego wszystkiego stan jego zdrowia. To najbardziej mnie martwiło. Oczywiście specjalistą nie byłem i daleko mi było do jakiegokolwiek znawcy chorób, dolegliwości czy innych spraw zdrowotnych. W końcu kiedy przestaje się żyć, staje się duchem, a więc i przestaje się posiadać faktyczne ciało, które mogłoby ulegać uszkodzeniom czy być atakowane przez mikroby, przestaje się i zwracać na to uwagę. Oczywiście obrywać mogłem, a jakże, ale o ile nie było to spowodowane silną magią, było całkiem niegroźne i leczyło się gdy tylko zmieniłem formę na niematerialną i wróciłem do stałej. Co do chorób to miałem pojęcie po prostu dość ogólne, głównie z obserwacji, bo nie pamiętałem tego z czasów swojego życia. No i te obserwacje niestety pogłębiały mój niepokój, bo zwyczajnie nigdy wcześniej nie widziałem, by Alan chorował, a znałem go przecież od dwóch lat. W ogóle zawsze uważałem, że gargulce jako istoty z kamienia bądź co bądź, są zwyczajnie odporne na nękające istoty żywe zarazki. Oczywiście pozostawała jeszcze sprawa trucizny, tak jak z resztą wpadło to na myśl Dei. Miałem nadzieję, że miał rację i zioła Alanowi pomogą.
Właśnie to, że jednak liczyłem na poprawę zdrowia gargulca było i powodem tego, że starałem się jak mogłem nie naciskać... W końcu nie wiedziałem, czy gdy wyzdrowieje jego podejście do mnie znów się nie zmieni, a chciałem, żeby chociaż miło ten czas wspominał, a nie jako coś, co dało mi możliwość wykorzystania go... Musiałem jednak przyznać, że bardzo, ale to bardzo dużo wysiłku wymagało ode mnie pilnowanie się. Wystarczyło, że czułem ciało chłopaka blisko swojego, jego usta na swoich, a czułem jakbym znów miał serce, które mogłoby rozsadzić mi pierś w dzikim galopie. Tak było podczas tego porannego pocałunku, kiedy przez zbyt długą chwilę w mojej głowie kołatała się jedna, tak cholernie uparta myśl, że sprawiała mi niemal ból. Chciałem zwyczajnie porwać Alana w ramiona, ułożyć na łóżku, które wrzeszczało do mnie niemal, nęcąc by je wykorzystać i kochać się z gargulcem, aż do chwili kiedy nie mógłby złapać oddechu. Podobnie z resztą było przy śniadaniu, gdzie niezmiernie nęciła mnie wizja spróbowania tego jego przysmaku, ale najlepiej prosto z jego ust.
Nękany okrutnie takimi myślami, wszedłem w podziemia Akademii, dziękując przy tym losowi, że peleryna, którą podarował mi Alan zakrywała mnie dość szczelnie. Moje ciało, choć w pewnym sensie będące jednak ułudą, reagowało w nader ludzki sposób narzucony przez mój umysł... A w nim było wręcz gorąco od pełnych rozkoszy wizji. Mm... Tak. Jak wielką ochotę miałem na chwileczkę zapomnienia. 
- A ty dalej błąkasz się pośród żywych? - usłyszałem i zanim zdążyłem zareagować zostałem pacnięty w czoło szponiastym paluchem.
Przede mną stał nie kto inny jak Nemain. Jak ja "kochałem" tego gościa... Szczególnie urzekająca była jego troska o nie co innego, jak mój spokój pośmiertny. No bo przecież każdy szczęśliwy duch, spełniony swym dobrym, pełnym życiem musiał podążyć do światła, gdzie w zależności od wierzeń poszczególnych istot miały się ze mną stać różne pasjonujące rzeczy. Dołączyłbym na przykład do Zdroju Dusz i odrodził się w innym ciele, by żyć znowu ku chwale bóstw albo został osądzony i trafił do raju, gdzie biegałbym na golasa z pierzem na plecach, lub też smażyłbym się w odmętach piekielnych, co kto woli. Kruczek naczytał się chyba powieścideł dla nastolatków opowiadających o nieszczęsnych duszyczkach, co to przez niedokończone sprawy musiały błąkać się po świecie i błagać o pomoc różnorakie media czy innych zapewne po postu pokręconych ludzi. Chciał mi oddać przysługę oczywiście, w końcu był szamanem, łącznikiem między światem duchów, snów, a podrzędnym zjadaczem chleba, kaszy czy co tam jedli sobie szarzy obywatele świata, z którego pochodził. Przysługa owa polegać miała na pchnięciu mnie ku światłu, a więc i duchowej wolności. Pomysł... genialny... Gorzej z realizacją, bo odkąd się pierwszy raz spotkaliśmy zażarcie próbował i mu nie szło...
- Się błąkam i błąkał się będę. Dobrze mi tutaj - wyszczerzyłem się w przecudnym uśmiechu. Miałem dziś tak piekielnie dobry nastrój, że nic, ani nikt nie byłyby w stanie mi go popsuć.
Szaman cofnął się, spoglądając na mnie z przymrożonymi ślepkami. Zaiste gdyby nie to, że znałem jego typ powiedziałbym, że mnie podrywa. W końcu tak intensywnie wlepiał we mnie oczęta, a jak facet gapi się na coś wystarczająco długo, oznacza to, że mu się widoczek podoba, nie?
- Znów próbowałeś swoich niecnych sztuczek, na jakiejś żywej istocie? - spytał jakby z wyrzutem. No przecież jeżeli potrafiłem kogoś opętać to musiałem owej zdolności używać nagminnie i zapewne każda istota, która wchodziła ze mną w jakakolwiek interakcję była całkowicie i absolutnie ubezwłasnowolniona. 
- Nieeee...- wymruczałem. - Ja nie muszę się posuwać do takich sztuczek.
Kruczek chciał mnie poczęstować jakaś ciętą ripostą, ale wtedy przyszedł nie kto inny, jak Urian, na którego czekaliśmy, bo tak się składało, że to on pomagał mi rozwijać moje zdolności opętania. No i Nemain jak zwykle całkowicie zmienił wyraz mordki z zaciętego agresora-służbisty, na ciele wlepiające wzrok w malowane wrota. Naprawdę nie trudno było zauważyć, że mężczyzna miał co najmniej słabość do swojego mentora. Każda rzecz, którą Uri powiedział była świętością, jak on sam z resztą. Cóż, co kto lubi... Jedni lubują się w kamieniejących gargulców, inni w pół martwych elfach mających na karku niemal trzy tysiące lat. W pewnym sensie rozterki sercowe były chyba jedyną cechą wspólną jaką miałem ja i Nemain. Ja miałem niedostępnego Alana, on Uriana, który jak na tak starego i wydawałoby się doświadczonego, był ślepy jak kret. W pewnym sensie po cichu kibicowałem krukowi. Tak to z resztą jest, jak się zna ból posiadania takiego problemu jakim jest nieodwzajemnione uczucie. Żeby jednak nie było, uwielbiałem się z mężczyzną przekomarzać, a nasze potyczki słowne były już chyba jakimś rodzajem dziwnej tradycji. Dlatego też skrzywiłem się pięknie.
- Serio, chłopie, nie uważasz, że to trochę obleśne? Facet ma więcej lat, niż ten świat - rzuciłem cicho, tak, żeby tylko kruk usłyszał.
Mój rozmówca oczywiście obdarzył mnie spojrzeniem, które co wrażliwszego mogło do zawału i zgony doprowadzić samą obietnicą wiecznych cierpień.
- Wiek nie ma żadnego znaczenia - sapnął oburzony. - Urian jest wspaniały, a to ile przeżył i jak wielką ma wiedzę tylko potęguje jego majestat - Kruczek był taki dumny kiedy to mówił, aż się łezka w oku kręciła.
- Tak, tak. Twój prawie książę z bajki - rzuciłem
- A żebyś wiedział! W jego żyłach płynie królewska krew! - wygłosił z miejsca, by podkreślić jeszcze jakież to wszystko było wspaniałe. - Ty to nawet nie masz żył, ani krwi. Powinieneś już dawno opuścić świat żywych i ruszyć właściwą ścieżką.
- Moja ścieżka to ta, która prowadzi do Alana i tego, żeby móc kolejną noc robić dla niego za podusię. - Po tych słowach zostawiłem Nemaina, któremu z uszu się kopciło z zazdrości i ruszyłem w stronę Uriana. Czekało mnie nic innego jak próba opętania starego drowa. Tak, próba, bo na tym zawsze się to kończyło. Siłowanie się z jego umysłem było jak próba przetrząśnięcia granitowego bloku... czołem. Jedyne co u mnie powodowało to kolosalny wręcz ból głowy.
Zdawało mi się, że nasze "zmagania" trwały wieczność zanim dostałem mentalnego kopa i zmaterializowałem się boleśnie uderzając plecami  ścianę. Ból i to jak świat wirował wokół mnie utwierdzały mnie w przekonaniu, że takich ekscesów nie mieli nawet ci którzy solidnie przesadzili z gorzałą. Na domiar złego przyszło mi się cieszyć z braku żołądka, bo chyba bym go teraz zwrócił. 
- Wszystko dobrze? - spytał nauczyciel.
- Chwila... - wymamrotałem i wziąłem głęboki wdech, starając się jakimś cudem opanować zawroty głowy.
- Spokojnie, nie spiesz się - poradził z łagodnym uśmiechem. - Dobrze ci dziś poszło.
- Tak? - spytałem ze szczerym zwątpieniem, bo nie maiłem pojęcia jak mężczyzna ocenia moje postępy. Mnie wydawało się, że nie robię ich wcale, w końcu niczego poza bólem głowy jeszcze się nie dorobiłem. - Nie zauważyłem jakoś...
- Owszem - przytaknął widocznie pewien tego co mówił. - Zdołasz wyjść sam czy potrzebujesz pomocy? - zapytał jeszcze z troską gdy powoli skierowałem się do wyjścia.
- Dam radę - zapewniłem i na odchodne rzuciłem Nemainowi krótkie "powodzenia". 
Wyjście z podziemi trochę mi zajęło, bo choć w teorii nie potrzebowałem przecież tlenu, czy choćby samego oddychania, to zdawało mi się, że brakuje mi powietrza. Nie było za bardzo mowy o zniknięciu, bo Uri niejako wymusił na mnie stan skupienia wypraszając mnie ze swojego umysłu... czy też od niego po prostu odpychając. 
Zakryłam szczelnie twarz kapturem i usiadłem na ziemi tuż obok muru, tak, żeby skryć się w cieniu. Nie siedziałem długo, bo moją uwagę przykuł Alan. Gargulec wyraźnie się spieszył, a do tego nerwowo zerkał za siebie, jakby obawiał się, że ktoś za nim idzie. Do tego nawet z pewnej odległości widać było, że jego policzki są mocno zaróżowione. Wstałem od razu i podszedłem do niego.
- Wszystko gra? - spytałem, kiedy przystanął i spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Ad... Tak... tak, wszystko dobrze... - stwierdził, ale widać było, że kłamie.
- Znów masz gorączkę... - stwierdziłem kiedy położyłem mu dłoń na czole.
Chłopak westchnął jakby z ulgą. Zaraz jednak cofnął się.
- To nic takiego. Minie mi na pewno. A teraz się spieszę - rzucił i pospiesznym krokiem ruszył do budynku Akademii. W pierwszej chwili zastanawiałem się czy nie iść z nim. Niechętnie jednak porzuciłem tę myśl. Na terenie Akademii nic mu nie groziło, a gargulec wydawał się dziwnie spięty. Może lepiej byłoby, żebym go dodatkowo nie denerwował.
Przez chwilę spoglądałem jeszcze na drzwi, za którymi zniknął Alan, zaraz jednak znów musiałem zejść w podziemia, tym razem by odnaleźć Hatsara, który znów będzie stosował na mnie tortury wszelkiego rodzaju, żebym mógł potrenować zmiany skupienia. W końcu w niektórych momentach trudno było o skupienie i albo nie potrafiłem się zmieniać, albo wręcz przeciwnie, migałem między formami. 

<Alanku? Czemu byłeś taki zdenerwowany?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz