Idąc samotnie korytarzem przystanęłam przed wielką tablicą z
ogłoszeniami. Zlustrowałam szybko kawałki papieru, szukając czegoś
ciekawego. Obiecująco wyglądało zadanie od niejakiego Drudhona Fethur
Haddu'a. W zamian za pomoc oferował poznanie techniki obróbki metali i
nakładania run. Na te runy to bym poleciała do niego natychmiast, ale
wymagana jest znajomość magii.
Zaklęłam pod nosem. Nigdy nie udało mi się poznać choćby podstaw jakiejkolwiek magii. Nikt nie chciał mnie ich nauczyć. To właśnie chęć poznania czegoś nowego i zgłębienia tajemnic mojej przeszłości sprawiło, że już po trzech nocach w których prześladował mnie tajemniczy głos, rzuciłam niemal wszystko i znalazłam się tutaj. Wzdrygnęłam się na wspomnienie jego słów. Wydawał się pobrzmiewać trumiennym echem, ale wiem, że to zasługa mojego na pół martwego umysłu.
Przybyłam tu zaledwie wczoraj. Używając wszystkich znanych mi technik ukrywania się, dosłownie wkradłam się do wnętrza Akademii. Może i lekko przesadzałam, ale naprawdę wolę pozostać niezauważona. Błądząc między korytarzami w końcu dotarłam do pokoju dyrektorki - Liliope. Po szybkiej wymianie zdań, dostałam swój pokój i listę z rozkładem wszystkich zajęć na terenie placówki. Mogę wybrać co tylko zechcę. Bardzo przyjemne, zwłaszcza, że są tu zajęcia nocne. Nareszcie nie będę się nudzić. Chyba...
Mimowolnie przystanęłam obok okna. Znajduję się na drugim piętrze, więc widok stąd jest naprawdę ładny. Morze domów na tle ciemniejącego nieba. Kilka leniwych chmurek sunie po fioletowo-pomarańczowym aksamicie, nie pozostawiając za sobą żadnego śladu. Nagle ten widok przestał być dla mnie choć odrobinę zachwycający. Te obłoki. Znikają tak samo jak ludzkie życie. To żałosne.
Chwyciłam klamkę okna, ale ta ani drgnęła. Miałam wrażenia, jakby ktoś szepnął mi do ucha ciche "Nie". Sama nie wiem, czy to może Liliope czai się za moimi placami, czy to tylko moje omamy. Mniejsza z tym. I tak nie zmieni to zdania, że ten ktoś wyraźnie działa mi na nerwy. Czy pragnienie wyskoczenia przez okno jest aż tak szalone? Tą drogą wyjście jest o wiele szybsze. Nie musiałabym się męczyć labiryntem schodów i korytarzy. A z resztą, już raz umarłam - drugi raz będzie ciężko.
Ruszyłam w miarę szybkim krokiem przed siebie, kierując się w stronę wyjścia. Założyłam kaptur peleryny wyczuwając niedaleko jakąś osobę. Minęła mnie zupełnie obojętnie, więc i ja nie poświęcałam jej większej uwagi. Liliope na odchodnym powiedziała, że mam się z kimś zakolegować. Nie widzę w tym najmniejszego sensu, choć miło by było potrenować z kimś walkę. Zwłaszcza, że ostatnio zaniedbałam trening i nie miałam żadnego zlecenia.
Moje rozmyślania brutalnie przerwało dotarcie do drzwi. Niemal wypadłam na zewnątrz, zahaczając butem o framugę. Syknęłam cicho i z trudem utrzymałam równowagę. Kika osób zerknęło w moją stronę, ale otuliłam się szczelniej peleryną i ruszyłam jak gdyby nigdy nic przed siebie, niespodziewanie znikając z pola widzenia. Nie uważam tego za magię. Ot, po prostu mogę niespodziewanie zniknąć. Nie wymaga to rytuałów, słów czy składników. Siła woli. Zerknęłam w górę. Słońce już zupełnie zaszło, więc przyśpieszyłam kroku. Może jeszcze uda mi się wpaść na tego jegomościa z ogłoszenia. Był tam zamieszczony jego adres. Zerknęłam na tabliczkę z napisem nazwy ulicy. Tak, to ta.
W końcu zatrzymałam się przed domkiem połączonym z kuźnią. Jakiś malutki człowieczek właśnie zamykał pracownię.
- Przepraszam! - ściągnęłam kaptur i szybko doskoczyłam do drzwi.
Dopiero gdy spojrzałam mu w twarz, zorientowałam się, że to krasnolud. Był łysy, nie licząc jednego jasnego pasma, które beztrosko powiewało na wietrze, który pojawił się dosłownie znikąd.
Mężczyzna prychnął z pogardą.
- Czego szuka tu taki umarlak jak ty? - zapytał nieco opryskliwie.
Znów to samo. Gdziekolwiek nie pójdę, zawsze to samo. Pogarda lub strach. Postanowiłam jednak na dyplomację. Może i nie żyję, ale nadal jestem elfem - przedstawicielem starej, dumnej rasy.
- Dobry wieczór... Panu - dodałam pospiesznie.
Nie chcę go urazić, a pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Choć to "pierwsze wrażenie" zostało pogrzebane razem ze mną i nie wygląda najlepiej. Nikt nie darzy sympatią nieumarłych..
- Ja w sprawie ogłoszenia na czeladnika...
- Ach tak, było coś takiego - przerwał mi nagle - Ale zanim cokolwiek powiesz, muszę wiedzieć; czy panujesz nad magią ziemi? Lub masz jakieś pojęcie w posługiwaniu się runami?
- Nie, ale...
- Skoro nie, to nie mamy o czym gadać - znów wszedł mi w słowo - A nawet gdybyś coś tam potrafiła, to bym cię nie wziął. Nie sądzę, aby jakieś... zwłoki były na tyle sprawne, aby być w stanie mi pomagać. A teraz wybacz, jestem zmęczony.
I zamknął drzwi. Zamarłam w miejscu, nadal mając lekko rozchylone usta. Dlaczego? Dlaczego ludzie tak na mnie - nie, na nas reagują? Przecież niczego im nie zrobiliśmy! Czy to takie złe, że wracamy do życia?
Westchnęłam i obróciłam się obojętnie. Już dawno przestały mnie obchodzić takie słowa wypowiedziane pod moim adresem. Jestem martwa. Nic nie czuję. Ruszyłam przed siebie obojętnie, nie mając co ze sobą zrobić. Lawirowałam między budynkami, nie myśląc zupełnie o niczym.
Nagły powiew wiatru przyniósł ze sobą delikatny zapach krwi. Nie zainteresowałabym się tym gdyby nie to, że jej aromat nie przypominał mi nic, co czułam dotychczas. Podążyłam za nieznaną wonią, a ta z każdym krokiem robiła się coraz wyraźniejsza, choć nadal słaba. Wyczuwałam w niej... woń świeżej ziemi. Lub kamienia. Ta myśl mnie zaskoczyła. Kamień... we krwi? Jedyne co mi przychodzi do głowy, to gargulec... który niewątpliwie żywi się gryzoniami. Skrzywiłam się, znajdując tę nutkę w zapachu. Jak można żywić się takimi ściekowymi stworzeniami? Są przecież obrzydliwe. Jedzą odpadki, mieszkają w rurach... Ich mięso jest żylaste, a krew pozbawiona smaku i często przesiąknięta czymś zgniłym.
Minęłam ostatni róg i moim oczom ukazał się chłopak, który jak gdyby nigdy nic leżał na ziemi. Z miejsca uderzyła mnie jego różowa czupryna. Nie mam bladego pojęcia co on sobie myślał, farbując się na taki kolor - widać białe odrosty. Kolejnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że ma rogi. Gargulec czy nie, ale w swojej ludzkiej formie nie powinien ich mieć, prawda? Może jest odmieńcem? Szybko odsunęłam tę myśl. Kogo to obchodzi.
Podeszłam cicho bliżej, wyławiając nowe szczegóły mimo wszechobecnej ciemności. Jako tako, nigdy nie stanowiła dla mnie większego problemu. Zauważyłam, że chłopak jest dobrze zbudowany, ma szarawą skórę, a na twarzy widnieje opatrunek. Ta rana nie powinna już krwawić, inaczej byłoby widać jej ślad. Na jego brzuchu ulokował się puchaty kajcuch z niebieską kokardą na szyi. Zerknęłam na nogi chłopaka i zrozumiałam, skąd zapach krwi. Sądząc po otwartym oknie, próbował z niego wyskoczyć, ale wylądował w cierniowym krzewie. Roślina w akcie zemsty zakleszczyła się na jego spodniach, raniąc do krwi.
W końcu upewniłam się, że chłopak jest bezbronny i nie może się ruszyć, więc ośmielona zrobiłam kolejne kilka kroków. Przyklęknęłam obok jego stup i wyciągnęłam z pochwy na plecach sztylet. Ostrze wydobyło z siebie metaliczny dźwięk gdy je wyciągałam. Zaalarmowany chłopak drgnął.
- Hej... co ty robisz? - zapytał z niepokojem, dostrzegając broń.
- Próbuję cię uwolnić - odrzekłam nie odwracając się.
Dopóki widzi moje długie uszy jest przekonany, że ma przed sobą zwykłego elfa. Jeśli jednak przyjrzy się mojej twarzy i zobaczy puste oczy, natychmiast zrozumie, że nie jestem tym, kogo oczekuje.
- Nie, czekaj... nie przecinaj ich! - powiedział nagle, gdy zbliżyłam ostrze do krzewu.
- Chcesz być oswobodzony, czy nie? - zapytałam pustym głosem.
Poczułam jak kamienieje słysząc moje chłodne słowa. Mam to gdzieś, czy mu pomogę, czy nie. Równie dobrze może tu zginąć... Ale przecież przyrzekłam Liliope, że nikogo nie skrzywdzę i będę się powstrzymywała od zabijania. Przynajmniej uczniów.
- Oczywiście, że chcę! - zapewnił gorliwie.
- Więc w czym problem? To tylko roślina - mimo tych słów, zaczęłam delikatnie manewrować przy gałązkach.
- Wiem... Ale jeśli jeszcze bardziej uszkodzę krzew, Dei mnie zabije...
Jego nogi nareszcie były wolne. Zaśmiałam się cicho, nie mogąc się powstrzymać. Obróciłam się w jego stronę, zapominając, że mam się kryć.
- Powiedz mi... co ty wiesz o śmierci? - rzuciłam chłodno.
< I jak, Alan? Aby na pewno się cieszysz, że ktoś Cię uratował? >
Zaklęłam pod nosem. Nigdy nie udało mi się poznać choćby podstaw jakiejkolwiek magii. Nikt nie chciał mnie ich nauczyć. To właśnie chęć poznania czegoś nowego i zgłębienia tajemnic mojej przeszłości sprawiło, że już po trzech nocach w których prześladował mnie tajemniczy głos, rzuciłam niemal wszystko i znalazłam się tutaj. Wzdrygnęłam się na wspomnienie jego słów. Wydawał się pobrzmiewać trumiennym echem, ale wiem, że to zasługa mojego na pół martwego umysłu.
Przybyłam tu zaledwie wczoraj. Używając wszystkich znanych mi technik ukrywania się, dosłownie wkradłam się do wnętrza Akademii. Może i lekko przesadzałam, ale naprawdę wolę pozostać niezauważona. Błądząc między korytarzami w końcu dotarłam do pokoju dyrektorki - Liliope. Po szybkiej wymianie zdań, dostałam swój pokój i listę z rozkładem wszystkich zajęć na terenie placówki. Mogę wybrać co tylko zechcę. Bardzo przyjemne, zwłaszcza, że są tu zajęcia nocne. Nareszcie nie będę się nudzić. Chyba...
Mimowolnie przystanęłam obok okna. Znajduję się na drugim piętrze, więc widok stąd jest naprawdę ładny. Morze domów na tle ciemniejącego nieba. Kilka leniwych chmurek sunie po fioletowo-pomarańczowym aksamicie, nie pozostawiając za sobą żadnego śladu. Nagle ten widok przestał być dla mnie choć odrobinę zachwycający. Te obłoki. Znikają tak samo jak ludzkie życie. To żałosne.
Chwyciłam klamkę okna, ale ta ani drgnęła. Miałam wrażenia, jakby ktoś szepnął mi do ucha ciche "Nie". Sama nie wiem, czy to może Liliope czai się za moimi placami, czy to tylko moje omamy. Mniejsza z tym. I tak nie zmieni to zdania, że ten ktoś wyraźnie działa mi na nerwy. Czy pragnienie wyskoczenia przez okno jest aż tak szalone? Tą drogą wyjście jest o wiele szybsze. Nie musiałabym się męczyć labiryntem schodów i korytarzy. A z resztą, już raz umarłam - drugi raz będzie ciężko.
Ruszyłam w miarę szybkim krokiem przed siebie, kierując się w stronę wyjścia. Założyłam kaptur peleryny wyczuwając niedaleko jakąś osobę. Minęła mnie zupełnie obojętnie, więc i ja nie poświęcałam jej większej uwagi. Liliope na odchodnym powiedziała, że mam się z kimś zakolegować. Nie widzę w tym najmniejszego sensu, choć miło by było potrenować z kimś walkę. Zwłaszcza, że ostatnio zaniedbałam trening i nie miałam żadnego zlecenia.
Moje rozmyślania brutalnie przerwało dotarcie do drzwi. Niemal wypadłam na zewnątrz, zahaczając butem o framugę. Syknęłam cicho i z trudem utrzymałam równowagę. Kika osób zerknęło w moją stronę, ale otuliłam się szczelniej peleryną i ruszyłam jak gdyby nigdy nic przed siebie, niespodziewanie znikając z pola widzenia. Nie uważam tego za magię. Ot, po prostu mogę niespodziewanie zniknąć. Nie wymaga to rytuałów, słów czy składników. Siła woli. Zerknęłam w górę. Słońce już zupełnie zaszło, więc przyśpieszyłam kroku. Może jeszcze uda mi się wpaść na tego jegomościa z ogłoszenia. Był tam zamieszczony jego adres. Zerknęłam na tabliczkę z napisem nazwy ulicy. Tak, to ta.
W końcu zatrzymałam się przed domkiem połączonym z kuźnią. Jakiś malutki człowieczek właśnie zamykał pracownię.
- Przepraszam! - ściągnęłam kaptur i szybko doskoczyłam do drzwi.
Dopiero gdy spojrzałam mu w twarz, zorientowałam się, że to krasnolud. Był łysy, nie licząc jednego jasnego pasma, które beztrosko powiewało na wietrze, który pojawił się dosłownie znikąd.
Mężczyzna prychnął z pogardą.
- Czego szuka tu taki umarlak jak ty? - zapytał nieco opryskliwie.
Znów to samo. Gdziekolwiek nie pójdę, zawsze to samo. Pogarda lub strach. Postanowiłam jednak na dyplomację. Może i nie żyję, ale nadal jestem elfem - przedstawicielem starej, dumnej rasy.
- Dobry wieczór... Panu - dodałam pospiesznie.
Nie chcę go urazić, a pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Choć to "pierwsze wrażenie" zostało pogrzebane razem ze mną i nie wygląda najlepiej. Nikt nie darzy sympatią nieumarłych..
- Ja w sprawie ogłoszenia na czeladnika...
- Ach tak, było coś takiego - przerwał mi nagle - Ale zanim cokolwiek powiesz, muszę wiedzieć; czy panujesz nad magią ziemi? Lub masz jakieś pojęcie w posługiwaniu się runami?
- Nie, ale...
- Skoro nie, to nie mamy o czym gadać - znów wszedł mi w słowo - A nawet gdybyś coś tam potrafiła, to bym cię nie wziął. Nie sądzę, aby jakieś... zwłoki były na tyle sprawne, aby być w stanie mi pomagać. A teraz wybacz, jestem zmęczony.
I zamknął drzwi. Zamarłam w miejscu, nadal mając lekko rozchylone usta. Dlaczego? Dlaczego ludzie tak na mnie - nie, na nas reagują? Przecież niczego im nie zrobiliśmy! Czy to takie złe, że wracamy do życia?
Westchnęłam i obróciłam się obojętnie. Już dawno przestały mnie obchodzić takie słowa wypowiedziane pod moim adresem. Jestem martwa. Nic nie czuję. Ruszyłam przed siebie obojętnie, nie mając co ze sobą zrobić. Lawirowałam między budynkami, nie myśląc zupełnie o niczym.
Nagły powiew wiatru przyniósł ze sobą delikatny zapach krwi. Nie zainteresowałabym się tym gdyby nie to, że jej aromat nie przypominał mi nic, co czułam dotychczas. Podążyłam za nieznaną wonią, a ta z każdym krokiem robiła się coraz wyraźniejsza, choć nadal słaba. Wyczuwałam w niej... woń świeżej ziemi. Lub kamienia. Ta myśl mnie zaskoczyła. Kamień... we krwi? Jedyne co mi przychodzi do głowy, to gargulec... który niewątpliwie żywi się gryzoniami. Skrzywiłam się, znajdując tę nutkę w zapachu. Jak można żywić się takimi ściekowymi stworzeniami? Są przecież obrzydliwe. Jedzą odpadki, mieszkają w rurach... Ich mięso jest żylaste, a krew pozbawiona smaku i często przesiąknięta czymś zgniłym.
Minęłam ostatni róg i moim oczom ukazał się chłopak, który jak gdyby nigdy nic leżał na ziemi. Z miejsca uderzyła mnie jego różowa czupryna. Nie mam bladego pojęcia co on sobie myślał, farbując się na taki kolor - widać białe odrosty. Kolejnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że ma rogi. Gargulec czy nie, ale w swojej ludzkiej formie nie powinien ich mieć, prawda? Może jest odmieńcem? Szybko odsunęłam tę myśl. Kogo to obchodzi.
Podeszłam cicho bliżej, wyławiając nowe szczegóły mimo wszechobecnej ciemności. Jako tako, nigdy nie stanowiła dla mnie większego problemu. Zauważyłam, że chłopak jest dobrze zbudowany, ma szarawą skórę, a na twarzy widnieje opatrunek. Ta rana nie powinna już krwawić, inaczej byłoby widać jej ślad. Na jego brzuchu ulokował się puchaty kajcuch z niebieską kokardą na szyi. Zerknęłam na nogi chłopaka i zrozumiałam, skąd zapach krwi. Sądząc po otwartym oknie, próbował z niego wyskoczyć, ale wylądował w cierniowym krzewie. Roślina w akcie zemsty zakleszczyła się na jego spodniach, raniąc do krwi.
W końcu upewniłam się, że chłopak jest bezbronny i nie może się ruszyć, więc ośmielona zrobiłam kolejne kilka kroków. Przyklęknęłam obok jego stup i wyciągnęłam z pochwy na plecach sztylet. Ostrze wydobyło z siebie metaliczny dźwięk gdy je wyciągałam. Zaalarmowany chłopak drgnął.
- Hej... co ty robisz? - zapytał z niepokojem, dostrzegając broń.
- Próbuję cię uwolnić - odrzekłam nie odwracając się.
Dopóki widzi moje długie uszy jest przekonany, że ma przed sobą zwykłego elfa. Jeśli jednak przyjrzy się mojej twarzy i zobaczy puste oczy, natychmiast zrozumie, że nie jestem tym, kogo oczekuje.
- Nie, czekaj... nie przecinaj ich! - powiedział nagle, gdy zbliżyłam ostrze do krzewu.
- Chcesz być oswobodzony, czy nie? - zapytałam pustym głosem.
Poczułam jak kamienieje słysząc moje chłodne słowa. Mam to gdzieś, czy mu pomogę, czy nie. Równie dobrze może tu zginąć... Ale przecież przyrzekłam Liliope, że nikogo nie skrzywdzę i będę się powstrzymywała od zabijania. Przynajmniej uczniów.
- Oczywiście, że chcę! - zapewnił gorliwie.
- Więc w czym problem? To tylko roślina - mimo tych słów, zaczęłam delikatnie manewrować przy gałązkach.
- Wiem... Ale jeśli jeszcze bardziej uszkodzę krzew, Dei mnie zabije...
Jego nogi nareszcie były wolne. Zaśmiałam się cicho, nie mogąc się powstrzymać. Obróciłam się w jego stronę, zapominając, że mam się kryć.
- Powiedz mi... co ty wiesz o śmierci? - rzuciłam chłodno.
< I jak, Alan? Aby na pewno się cieszysz, że ktoś Cię uratował? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz