Przez chwilę jeszcze, zmieniony w ledwie niematerialny obłoczek nieco chłodniejszego powietrza, podążałem za Yael. Cóż... Oryginalna osóbka, nie powiem. Zastanawiało mnie jednak to, czy ona sama wie czego chce. Zdawało mi się, że jest jakaś rozdarta i niezdecydowana. Niby wybrała życie, któremu do ascetycznego miało być daleko. Nauka tutaj, jak i chyba w każdym innym miejscu, wymagała kontaktów z mistrzami, a także innymi uczniami. Zdarzało się przecież, że wysyłano nas na różnego rodzaju misje. Dbano przy tym o dobór umiejętności istot i nigdy nie posyłano nikogo samego. W końcu, gdyby ktoś z nas tak po prostu przepadł, nie wynikłoby z tego nic dobrego. Sytuacje między światami i tak były napięte, a Akademia sama w sobie budziła wiele negatywnych odczuć, gdyby jeszcze uczniowie zaczęli umierać położyłoby się to naprawdę długim i gęstym cieniem na istnieniu całego tego świata.
Tak więc próżno tu było szukać samotności, którą teraz dziewczyna niejako pragnęła znaleźć. Nie rozumiałem tego. Jako duch poznałem czym była samotność aż nazbyt dobrze. Jako niematerialny byt nie ma się zbyt wielu znajomych, a raczej nie posiada się ich wcale, bo i jak ich mieć skoro nikt nie wie o twoim istnieniu? Gdyby teraz inni na powrót mieli przestać całkowicie zwracać na mnie uwagę...
Wzdrygnąłem się na samą myśl, co skłoniło mnie do zaprzestania obserwowania dziewczyny i opadnięcia na ulicę, by w materialnej już formie niespiesznie maszerować w stronę mojego miejsca zamieszkania. Po drodze rozglądałem się leniwie, odpowiadałem na pozdrowienia. Tu było dobrze. Może nie idealnie, ale dobrze. Zawsze kiedy zastanawiałem się nad zakończeniem szkoły skłaniałem się raczej do zostania tutaj na stałe, bo i co innego miałbym niby ze sobą zrobić?
Wszedłem powoli do karczmy, w której oczywiście było jeszcze sporo ludzi mimo solidnie później pory.
- Adrielu? A ty już w domu? - zainteresowała się Auriella, przechodząc przez salę z talerzem obładowanym słodkościami. - Przecież do świtu jeszcze mnóstwo czasu.
- Nie mam co ze sobą zrobić - burknąłem siadając na wysokim krześle przy ladzie i oparłem się ciężko o blat.
- Znów chodzi o tego chłopca? - spytała i położyła przede mną tacę z kubkiem mleka i ciepłą bułeczką z jagodami. Wiedziała, że nie mogę tego zjeść, a ledwie uszczknę po troszku, żeby tylko poczuć smak, ale to nie przeszkadzało jej nigdy w częstowaniu mnie. - No więc? Co się takiego stało? - spytała, siadając obok mnie i wpatrując się we mnie z właściwą sobie troską o wszystko co żywe... lub imitujące życie, jak to było w moim przypadku.
- On mnie nie lubi - rzuciłem, jakby to miało wszystko tłumaczyć... i tłumaczyło w gruncie rzeczy. Gdyby Alan darzył mnie choć odrobiną sympatii to wszystko byłoby inaczej, a tak?
Z westchnieniem, z rodzaju tych ciężkich i oznaczających pogłębiający się dołek, wydłubałem jagodę z bułki i po krótkich, aczkolwiek dokładnych, oględzinach wsadziłem owoc do ust. Był twardawy, ale gdy pieczołowicie rozsmarowałem go językiem po podniebieniu, okazał się przyjemnie słodki.
- Na pewno przesadzasz - pocieszyła mnie kobieta, żeby zaraz krzyknąć coś mało przyjaznym tonem do jednego z klientów. - O ile nic nie zbroiłeś to będzie dobrze.
- Nie zbroiłem właśnie! - jęknąłem, bo bardzo chętnie bym sobie z Alanem "pobroił". Z tym, że widoki miałem na to bynajmniej mierne...
Nagle słodycz czarnego owocu zaczęła mi przeszkadzać, sięgnąłem więc po kubek z mlekiem i upiłem mały łyk. W takich chwilach żałowałem, że nie mogłem się po prostu upić, jak ten jegomość, którego właśnie Yagron wynosił.
<Alan? Znalazłeś kocyk? A i mam focha, wiesz? T^T>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz