Kto nie lubi uczucia wiatru, który niewidzialnymi dłońmi muska twarz? Nie wiem, ale musi być wyjątkowo głupi. Właśnie to uczucie powodowało, że leciałam tak wysoko. Miarowo uderzałam skrzydłami, chcąc wzbić się jeszcze wyżej, poczuć przerzedzone powietrze. Wcale nie dlatego, że targam się na swoje życie. To po prostu daje wielką świadomość tego, co jako smok mogę.
Co się będę oszukiwać. Chciałam wzlecieć wystarczająco wysoko, żeby móc objąć swoim wzrokiem cały teren Akademii. Jestem stosunkowo nowa, to fakt. Ale przyglądam się temu miejscu już dobre kilkanaście minut, a ono, choć z ziemi wydawałoby się całkiem przestronne, nie posiada wystarczająco dużego terenu, żeby móc na nim wylądować. Nie wiem kto to budował, ale zapomniał o smokach. Rozumiem żeby pominąć jakąś driadę, to w końcu tylko szczupły badyl, który od byle iskierki już się zapala. Ale smoka?! Może nie jestem wielkości górskiego olbrzyma, ale trudno pominąć 12 metrowego gada. No cóż, jak widać budowniczy to potrafili.
Prychnęłam zirytowana. To uwłacza mojej godności! A nie zamierzam lądować za miastem i zasuwać tam na nóżkach. Nie ma opcji, skrzydła w końcu po coś mam. A na dodatek niechcący splunęłam jadem na ziemie. Niedobrze. Miałam nadzieję, że nikt się nie poskarży, głupio robić sobie problemy, kiedy jeszcze nikt cię nie zna.
No w końcu! Zlokalizowałam całkiem spory plac, krzątała się jednak po nim pokaźna grupka ludzi czy co to tam jeszcze tu żyje. No trudno. Nie przemyśleli architektury miasta, to będą musieli się przez chwilę przemęczyć. Niewiele myśląc (tak, zdarza mi się myśleć niewiele!) podleciałam tam i nie siląc się nawet na ostrzeżenie, zaczęłam lądować. Nie wiem tylko dlaczego wszyscy w pośpiechu opuszczali plac. Nigdy nie widzieli smoka? Może i mam 12 metrów w kłębie, ale umiem się zręcznie poruszać. Złożyłam skrzydła i lekko wylądowałam. Chcąc ocenić wielkość placu uniosłam łeb i rozejrzawszy się, wybuchłam głośnym śmiechem, który przypominał raczej złowrogi warkot – uroki bycia smokiem. Zajmowałam cały plac, dlatego wszyscy tak przebierali swoimi nóżkami. Ups. Lunz taka zła i niedobra, wygoniła wszystkich z placu, bo jest zbyt leniwa, by przejść pół kilometra. Prawie mi ich szkoda. Prawie.
Z jednej strony mogłam tak stać i robić innym na złość, ale trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Nie chcąc więcej zwracać na siebie uwagi wróciłam do ludzkiej postaci i robiąc w tył zwrot, szybkim krokiem pomaszerowałam w wąską uliczkę. O tym, że na swojej drodze napotkałam przeszkodę, raczyła mnie ona poinformować sama, głośnym „Ał!”. Bez przesady. Może i przewróciłam tego osobnika, może i na nim leżę, ale wcale nie jestem taka ciężka!
- Raczysz wybaczyć - mruknęłam, uwalniając poszkodowanego od ciężaru mojego ciała i otrzepując się z kurzu. Przeprosiłam tylko dlatego, że nie chciałam robić kolejnej sceny. Nie żebym czuła się szczególnie winna zaistniałej sytuacji.
Co się będę oszukiwać. Chciałam wzlecieć wystarczająco wysoko, żeby móc objąć swoim wzrokiem cały teren Akademii. Jestem stosunkowo nowa, to fakt. Ale przyglądam się temu miejscu już dobre kilkanaście minut, a ono, choć z ziemi wydawałoby się całkiem przestronne, nie posiada wystarczająco dużego terenu, żeby móc na nim wylądować. Nie wiem kto to budował, ale zapomniał o smokach. Rozumiem żeby pominąć jakąś driadę, to w końcu tylko szczupły badyl, który od byle iskierki już się zapala. Ale smoka?! Może nie jestem wielkości górskiego olbrzyma, ale trudno pominąć 12 metrowego gada. No cóż, jak widać budowniczy to potrafili.
Prychnęłam zirytowana. To uwłacza mojej godności! A nie zamierzam lądować za miastem i zasuwać tam na nóżkach. Nie ma opcji, skrzydła w końcu po coś mam. A na dodatek niechcący splunęłam jadem na ziemie. Niedobrze. Miałam nadzieję, że nikt się nie poskarży, głupio robić sobie problemy, kiedy jeszcze nikt cię nie zna.
No w końcu! Zlokalizowałam całkiem spory plac, krzątała się jednak po nim pokaźna grupka ludzi czy co to tam jeszcze tu żyje. No trudno. Nie przemyśleli architektury miasta, to będą musieli się przez chwilę przemęczyć. Niewiele myśląc (tak, zdarza mi się myśleć niewiele!) podleciałam tam i nie siląc się nawet na ostrzeżenie, zaczęłam lądować. Nie wiem tylko dlaczego wszyscy w pośpiechu opuszczali plac. Nigdy nie widzieli smoka? Może i mam 12 metrów w kłębie, ale umiem się zręcznie poruszać. Złożyłam skrzydła i lekko wylądowałam. Chcąc ocenić wielkość placu uniosłam łeb i rozejrzawszy się, wybuchłam głośnym śmiechem, który przypominał raczej złowrogi warkot – uroki bycia smokiem. Zajmowałam cały plac, dlatego wszyscy tak przebierali swoimi nóżkami. Ups. Lunz taka zła i niedobra, wygoniła wszystkich z placu, bo jest zbyt leniwa, by przejść pół kilometra. Prawie mi ich szkoda. Prawie.
Z jednej strony mogłam tak stać i robić innym na złość, ale trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Nie chcąc więcej zwracać na siebie uwagi wróciłam do ludzkiej postaci i robiąc w tył zwrot, szybkim krokiem pomaszerowałam w wąską uliczkę. O tym, że na swojej drodze napotkałam przeszkodę, raczyła mnie ona poinformować sama, głośnym „Ał!”. Bez przesady. Może i przewróciłam tego osobnika, może i na nim leżę, ale wcale nie jestem taka ciężka!
- Raczysz wybaczyć - mruknęłam, uwalniając poszkodowanego od ciężaru mojego ciała i otrzepując się z kurzu. Przeprosiłam tylko dlatego, że nie chciałam robić kolejnej sceny. Nie żebym czuła się szczególnie winna zaistniałej sytuacji.
<Ktoś? Coś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz